Legenda o księżnej Salomei i powstaniu Kolegiaty

 

 

"KSIĘŻNA I GOŁĄB"

 

     Dwórki kryły się po katach. Stary Suliga, ochmistrz dworu głogowskiego mruczał pod nosem o „Babskich rządach” i nawet piastunka księżnej, która przybyła z niż tutaj przed laty z dalekiego Poznania nie kryła swojego niezadowolenia. Co tu dużo mówić, nawet błazen Rambo schował się w kuchni, gdzie pod opieką kucharza czuł się bezpieczny. Nawet psy, których zwykle wszędzie było pełno, pochowały się po zakamarkach. Powietrze było parne i gorące jak gdyby sama przyroda chciała okazać swoje niezadowolenie. Ale przecież nie to było przyczyną napiętej atmosfery na dworze.

     Księżna Salome nerwowo krążyła po komnacie. Wokół leżały porozrzucane stroje, kolorowe i wabiące, ale nawet one nie były w stanie przyciągnąć jej uwagi. Myśli księżnej krążyły wokół wczorajszej rozmowy z mężem. Rozmowy? Kłótni raczej. Książę Konrad nigdy jeszcze nie był taki rozdrażniony, A zaczęło się przecież tak niewinnie. Wspomniała tylko, że onegdaj zmokła modląc się w miejscowej kolegiacie, której dach przeciekał, a ściany rozpadały się ze starości. Przecież to było widoczne gołym okiem. Konrad rzadko bywał w domu, ciągle w podróży, a nawet podczas pobytu w Głogowie więcej czasu spędzał na łowach w okolicznych lasach niż w zamku. Ale o zamek dbał. Jego budowa była już prawie ukończona, a wysoka murowana wieża dumnie górowała nad miastem. Tymczasem kolegiata była w ruinie. Tylko patrzeć jak się zawali, a to przecież wstyd i obraza Boska. Już teraz bezpieczniej modlić się w malutkim kościółku św. Piotra. A przy tym jak to wygląda, żeby wzniesiony przez mieszczan kościół parafialny św. Mikołaja był większy i ładniejszy niż książęca kolegiata. Do tego nie można dopuścić. To już sprawa honoru.
     I wtedy nieoczekiwanie książę Konrad wpadł w złość. Te baby go wykończą. Najpierw, podczas ostatniego pobytu na dworze króla Przemysława Ottokara, królowa matka upomniała się o pieniądze na krucjatę przeciwko niewiernym. A niby skąd on miał ciągle brać pieniądze. Później dwórka Małgosia, która, nie można powiedzieć, nie skąpiła mu swoich wdzięków, zaczęła nagle płakać i mówić coś o hańbie, której nie przeżyje. A teraz Salome. Ta spokojna i delikatna Salome zaczyna go męczyć budową nowego kościoła. Tak jak gdyby nie dosyć było poprzednich zmartwień. I skąd na to wszystko brać pieniądze. Wszak miasto jeszcze nie zbudowane. Tylko kilkanaście domów wokół rynku. Jeszcze nie przynosi dochodów. A z okolicznych wsi prawie wszystkie daniny są w naturze. Jeść i pić jest co, ale pieniądze? W dodatku gdzie tą kolegiatę budować? Dotychczasowa stała na wyspie, zaraz za rozpadającą się obecnie  brama opustoszonego grodu.  Wszystko tam w ruinie. Tymczasem proboszcz chce koniecznie wystawić nowy budynek na dawnym miejscu, jako że teren należy do niego. A wójt Fryderyk przeciwnie. Widzi kolegiatę tylko w mieście. Wszak splendor od tego rośnie i nowych osadników przyciągnie. Zwariować można.

    - Niech Wasza Książęca Mość (książęta tak zwracał się do żony tylko w chwilach największego wzburzenia) nie myśli, że ja wszystko zdzierżę. Niech księżna Pani sama zadecyduje gdzie postawić kolegiatę i znajdzie na to pieniądze. Ja wyjeżdżam. Konie siodłać! Ryknął do zgiętego w pas pachołka i wybiegł z komnaty. Zaraz za progiem mu ulżyło. Podobno w polkowickim lesie pokazało się duże stado jeleni, a przy tym jego giermek Hans wspomniał, że tamtejszy gajowy ma wcale ładną córkę. Można będzie połączyć przyjemne z pożytecznym...

Tak więc wszystko spadło na głowę księżnej. Najpierw rozpłakała się żałośnie. Potem wpadła w złość i nawet rzuciła wrzecionem we wchodzącą do komnaty Małgosię. I czego ta głupia dziewka z takim krzykiem uciekła? Przecież jej nic nie zrobiła. Teraz księżna chodzi po komnacie (izba raczej  - nie to co w poznańskim zamku) i nie może znaleźć wyjścia. Pieniądze może by się znalazły. Trochę da kościół. Zresztą na początek nie trzeba wiele – można użyć ludzi służebnych. Ale wybrać miejsce? W mieście? Proboszcz kolegiaty nigdy jej tego nie wybaczy. Na wyspie? To oznacza wściekłość wójta i niemieckich osadników, a może i niezadowolenie księcia. Co wybrać? I dlaczego raptem wszyscy uciekli? Jak zwykle, nie ma się kogo poradzić.

    Księżna klasnęła w dłonie. Do komnaty wszedł pachołek.
    - Wołać Magnusa, powiedziała.

Astrolog Magnus, mały i przygarbiony, nie wiadomo od kogo otrzymał swoje przezwisko, ale podobało mu się i chętnie go używał. Mieszkał w niewielkiej komnatce, na szczycie wieży, sam, w towarzystwie starego psa, którego kiedyś przygarnął. Właściwie to nie był on żadnym astrologiem, ale służył kiedyś u mistrza Baltazara w Poznaniu i razem z księżną przyjechał do Głogowa. Z natury odludek, upodobał sobie mieszkanie w wieży. Mówili, że patrzy w gwiazdy i potrafili w nich czytać i z czasem on sam w to uwierzył. Horoskopy układał ręcznie, dbając o to żeby pytający otrzymał to co chciał, ale równocześnie zawsze tak, aby w wypadku niespełnienia się wróżby on sam był zabezpieczony. Mówił mało, ale umiał słuchać i znał wszystkie plotki krążące na dworze. Tym razem również był dobrze poinformowany.

    - Księżna Pani wzywała. Mistrz Magnus skłonił się nisko, a jego wysoka czapka zatoczyła wielki łuk.

    - Musicie ułożyć horoskop. Chcę wiedzieć co mam uczynić, jaka decyzję podjąć...Książę wyjechał... Kolegiatę budować trzeba, koniecznie... Nie wiada gdzie...

Księżna mówiła pośpiesznie i nieskładnie. Magnus udawał, że słucha z uwagą, ale przecież wiedział już dokładnie o co chodzi. W zamku ściany miały uszy i od dwóch dni o niczym innym się nie mówiło. Udawał, że się zastanawia, po czym odpowiedział.

    - Natychmiast ułożę kartę. Ale dostojna Pani konstelacja gwiazd jest niepomyślna. Jowisz w opozycji. Dominanta Marsa. Merkury w ósmej kwadrze. Trzeba czekać, może nawet i kilka tygodni...

Magnus zdawał sobie sprawę z tego, że bredzi, ale przecież księżna nie miała pojęcia o astrologii, a on sam nie był na tyle głupi aby się mieszać w sprawy jej i księcia. To mogło być niebezpieczne. Najlepiej przeczekać.

    - Dobrze odejdźcie.

Księżna już wiedziała, że od Magnusa nie może spodziewać się pomocy. Pewno teraz zaszyje się w swojej wieży, rozłoży wielką księgę i będzie na karcie pergaminu kreślił różne dziwne znaki. Raptem ogarnęła ja wielka żałość. Przypomniała sobie jak dobrze, jak beztrosko spędzała dzieciństwo w Poznaniu. Upadła na łoże i zaczęła szlochać, początkowo bezgłośnie, a potem już coraz żałośniej i coraz bardziej rozpaczliwie. W pewnej chwili poczuła, że czyjaś dłoń gładzi ją po twarzy. To stara piastunka, nie mogła znieść płaczu ukochanej pani. Teraz siedziała na łożu i ogarnęła ją ramieniem.

    - Co ci jest dziecino. Czego płaczesz? Szkoda twoich łez.

    - Co robić nianiu?

    - Uspój się. Zaraz cos wymyślimy. A może tak powróżyć?

    - Grzech nianiu i nic nie da? Przecież jak by nie zrobić i tak wyjdzie na złe. Budować świątynię w mieście – kanonicy klątwę rzucą. Na wyspie – Niemce się wściekną i będą szkodzić, a przecież my wśród nich siedzim. Książę wielce na nich liczy. Co zdziełać?

    - Jest na to sposób dziecino. Trzeba tak czynić, aby to oni sami zgodzili się na wróżbę. Zróbmy tak: Trzeba rozpuścić wieść w mieście, że księżna chce budować kościół na wyspie. Niech się Niemce złoszczą. A kanonikom po cichu przekazać, ze kolegiata będzie w mieście. Potem wezwać proboszcza i wójta do zamku i niech sobie skaczą do oczu. A kiedy obaj się wyzłoszczą ty zaproponuj żeby los rozstrzygnął. I co, dobrze wymyśliłam? Już ja się wszystkim zajmę.

Przez dwa dni okolica aż się trzęsła od plotek. Niemce zbierali się na rynku i szwagrowali tak głośno, że aż w zamku było słychać. Na wyspie było cicho, tylko proboszcz zarządził wielogodzinne modły i posty, dla odwrócenia nieszczęścia. Na trzeci dzień księżna wezwała proboszcza i wójta na zamek. Wprowadzono ich do paradnej komnaty i oznajmiono, że mają czekać, bo pani jeszcze nie gotowa. Początkowo obaj patrzyli na siebie z pode łba. Rychło jednak poczęli się kłócić, krzyczą równocześnie i tak głośno, że w całym zamku było słychać. Pozwolono się im wywrzeszczeć. Kiedy już obaj prawie ochrypli od krzyku, otworzono drzwi i stary sługa księżnej, zwany przez niektórych majordomusem, otworzył drzwi i głośno zastukał w podłogę ogromną laską.

    - Księżna Pani! Oznajmił donośnym głosem.

Obaj adwersarze zamilkli i pochylili się w głębokim ukłonie.

    - Witajcie Panie Kanoniku i Wy Wójcie Fryderyku. Toć widzę, że niezgoda między wami. Jakże to. Przecież o świętym przybytku mamy radzić. W takiej sprawie pokój przystoi bardziej. Co nam chcecie rzec?

Obaj zaczęli przekładać swoje racje. A, że jeszcze nie ochłonęli z niedawnej kłótni, więc też mówili obaj na raz, coraz głośniej i szybciej. W dodatku kanonik po polsku wójt po niemiecku. Księżna poczuła złość. Cóż to? Ona, wnuczka królów Polki, władców wszystkich tych krain, którą tych oto dwóch przybłędów obraża, nie bacząc na jej urodzenie i stanowisko. Ogarnął ją straszny gniew.

    - Milczeć, bo do lochu wrzucić każę! Nie składano wam się godzić, to niech los rozstrzygnie. Onegdaj dostałam od niewinnej dziewki białego gołębia. Jutro po mszy u św. Piotra wypuszczę go z wieży zamkowej. Tam gdzie usiądzie będziemy chram stawiać. I ani słowa więcej, bo poznacie, że nie tylko książę umie karać. Idźcie precz.

Nazajutrz dzień wstał ciepły i słoneczny. Prawie cały dwór zgromadził się na dziedzińcu. Księżna ubrana w białą, powiewna szatę. Obok niej kapelan. Stary majordomus i dwórki w komplecie, przejęte powagą chwili. Obaj wczorajsi przeciwnicy ochłonęli już, ale przezornie ustawili się po przeciwnych stronach. Mała Danusia, wychowanica Księżnej, bardzo przejęta, trzymała klatkę z białym gołębiem. Wszyscy powoli weszli na wieże. Po drodze dołączył do nich jeszcze mistrz Magnus. Horoskopu oczywiście nie przygotował, ale jakże by tak ważne wydarzenie mogło się bez niego obejść. Na szczycie wieży zrobiło się tłoczno.
     Księżna stanęła przy balustradzie. Skinieniem ręki przywołała Danusię. Kapelan pobłogosławił klatkę z gołębiem. Na polecenie księżnej Danusia otworzyła ją. Biały gołąb wyfrunął, wzbił się wysoko w górę i zaczął zataczać koła. Początkowo poszybował nad miastem i wójt Fryderyk poczuł przypływ radości, zdawało się bowiem, że usiądzie na drzewie rosnącym na rynku. Gołąb jednak poleciał dalej. Ponownie przeleciał obok wieży na drugą stronę Odry i widać zmęczony lotem, usiadł na bramie dawnego grodu.

    - Bóg tak chciał. Powiedziała księżna.

    - Laudetur Jezus Chrystus – kanonik nie krył swojej radości.

Tylko Fryderyk milczał i ponuro patrzył w ziemię.
     Minęły lata. Na Ostrowiu Tumskim, w miejscu gdzie kiedyś usiadł biały gołąb stanęła murowana, gotycka kolegiata. Księżna nie doczekała zakończenia budowy. Pochowaną ją w kościele św. Piotra. Ale jej syn i następca Konrada na tronie książęcym, Henryk III wykonać kazał dwa piękne posągi fundatorów kolegiaty: Konrada i Salome, które stanęły w niszach po obu stronach prezbiterium. I stały tak przez wieki. Nie imały się ich żadne nieszczęścia, których los, a częściej jeszcze źli ludzie, nie szczędzili świątyni. W XIX w. padająca wieża zniszczyła posąg Konrada. Figura księżnej Salome stała zasłonięta malowidłami i zapomniana. W czasie oblężenia miasta w 1945 r. kolegiata została spalona. Zawalił się dach. Opadły malowidła zasłaniające posąg i ukazał się on w całej swojej krasie. Niedługo potem został zabrany do Poznania, odrestaurowano i można go podziwiać w poznańskim Ratuszu.

     Ale przecież nie tam jest jego miejsce.  Pierwsza Księżna Głogowska powinna wrócić do Głogowa, z którym związała całe życie, do głogowskiej kolegiaty, po jej obudowaniu. I na pewno powróci.


Kolegiata
http://www.kolegiata.com.pl/staticpages/index.php/legenda-salomea-kolegiata

(0 komentarzy)